Słyszeliście? Zmarł Polak w Klepaku! Młody chłop, zaharował się biedaczyna na amen - słychać szepty w Ballymahon. W sklepie, na ulicy i w domach. Ale Polacy przestają już mówić o tym szeptem. Mówią wprost o tym, że zmuszani są do ciężkiej pracy.
Ballymahon, malownicza miejscowość położona niemal w sercu Irlandii, na północ od Athlone. Jedna szkoła, jeden kościół, kilka sklepów, parę pubów i dwa prężne zakłady: elektroniczny i rzeźniczy, w których większość załogi stanowią Polacy. Czas płynie im tu powoli, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Dom-praca, praca-dom. W soboty zrzutka po parę euro na paliwo i wyjazd na większe zakupy do Lidla w Athlone, raz w miesiącu w niedzielę polska msza, a po niej to już tylko ładowanie akumulatorów na kolejny tydzień pracy. Można by pomyśleć - pełna harmonia, ale to nie tak. W ubiegłym tygodniu zakłóciły ją wieści o śmierci 48- letniego Leszka, jednego z pracowników grupy "Keepak".
To był taki pogodny facet
- W tym roku już czterech młodych mężczyzn zmarło - wyliczają pracownicy zakładów, tuż po wyjściu z kościoła, w którym odbyła się msza żałobna za ich kolegę, Leszka. - Dwóch w wypadku, jednego znaleziono dopiero po trzech dniach we własnym domu, nie wiadomo na co zmarł, no i Leszek czwarty. W poprzednich latach też nie lepiej. Jeden nasz kolega rzucił się z mostu, bo nie radził sobie w pracy.
- Śmierć Leszka, to dla nas o tyle spory szok, że był naszym współlokatorem. Od 2002 roku mieszkaliśmy razem, byliśmy jak rodzina - mówi Zdzisiek łamiącym się głosem. - To był taki uczciwy i pogodny facet, żartował cały czas, nawet w dniu śmierci, a jaki pracowity: jak pracował, to pot z niego lał się ciurkiem, a na hali ziąb, tylko 5 stopni - opowiada Krzysiek.
Nie bez kozery kilkunastu pracowników nazywa się żartobliwie "końmi". Leszek był jednym z nich. To on wykonywał najcięższe i wymagające dużej wprawy prace i napędzał rytm innych. Owa końska harówka polega na wykrawaniu z wiszących półtusz wołowych poszczególnych partii krwistego mięsa".
- Dzień przed śmiercią obserwowaliśmy, jak Leszek pracował na kolanach, mokry od potu jak szczur. Dźwigał wiszące na hakach, obdarte ze skóry, półtusze, podczas, gdy supervisor zagrzewał go do większego wysiłku, jak niewolnika: "Cammon, cammon, Lesek" - wołał Brazylijczyk. Ale on nie narzekał, był przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Był z niego chłop jak tur i miał przysłowiowe końskie zdrowie - mówi Piotr, kolega z hali nr 1. Ludzka wytrzymałość ma jednak swoje granice, a Leszek właśnie je przekroczył.
Nie udzielili mu pierwszej pomocy
Niewytłumaczalny dla nas jest fakt, że nikt nie udzielił mu pierwszej pomocy, kiedy pierwszy raz zasłabł w szatni. Szef produkcji sądził, że to tylko zatrucie pokarmowe. Gdyby go szybko reanimowali, miałby szansę żyć. Nikt też nie wezwał ambulansu, uznając, że prywatnym samochodem jednego z pracowników dojadą szybciej do szpitala w Mullingar, oddalonego o 40 km. Przeliczyli się. W samochodzie stracił przytomność i już jej nie odzyskał. - Leszek mógłby żyć, gdyby otrzymał szybko fachową pomoc. W broszurze, którą dostał każdy z nas wraz z kontraktem, jest wzmianka o lekarzu zakładowym. Gdzie on jest?! Czy kiedy któryś z nas będzie miał atak serca, też wsadzą nas w samochód, byśmy w nim mogli umrzeć w drodze do szpitala? - pyta Mietek. Zgon nastąpił w szpitalu po kilkudziesięciu minutach reanimacji.
Dokręcanie śruby
- Z roku na rok jest coraz ciężej w pracy. Ludzie nie wytrzymują presji. Od czasu zatrudnienia Polaków, normy z 450 sztuk przerobionego dziennie bydła, wzrosły do 800 sztuk i wciąż to mało, a przecież my ludźmi tylko jesteśmy, nie maszynami. Tu się bardziej maszynę szanuje niż człowieka, bo człowieka można zastąpić następnym, czekającym w kolejce na "wymarzoną posadę" rzeźnika w Keepaku. Coraz więcej ludzi zjeżdża do Polski, bo im zdrowie szwankuje. Koledze wczoraj pękły żylaki na nogach, musi wracać. Kilka lat temu obchodzili się z nami jak z jajkiem, wycieczki organizowali, do domu zapraszali, posiłki w stołówce zakładowej były za darmo. Dziś wydają nam posiłki darmowe tylko wtedy, gdy kontrola jest na zakładzie. Wtedy wszystko działa jak w zegarku. Ale nam nie chodzi o posiłki, tylko o możliwość złapania oddechu. Od jakiegoś czasu już nam tak śrubę dokręcili, że nawet chcąc wyjść do toalety, trzeba podbijać kartę zegarową. Efektem tego powstrzymujemy się od wychodzenia za potrzebą. Przyjdzie nam pieluchy wkrótce zakładać, jak te kasjerki w polskich hipermarketach - dodaje Mietek.
Grupa Keepak zdeklarowała się na pokryć koszty transportu zwłok do Polski
Źródło: GazetaIE Odsłon: 336
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Proszę zaloguj się lub zarejestruj. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.2 Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team |