Otwarcie brytyjskiego rynku pracy dla nowych krajów Unii Europejskiej, przy zacieśnieniu go dla imigrantów z Indii, Bangladeszu (i Pakistanu), może wywołać nieprzewidziane skutki. Anglia z kraju słynącego z curry może stać się krajem pierogów.
Restauracje curry stoją przed „bezprecedensowym kryzysem”, wywołanym przez restrykcyjną politykę imigracyjną, odcinającą im możliwość werbowania kulinarnego talentu z indyjskiego subkontynentu. Bez dopływu świeżej krwi oznacza, że curry restaurants podzielą los błękitnokrwistych rodzin – nie tylko nie będą mogły się rozwijać, ale grozi im uwiąd.
Z takim kasandrycznym ostrzeżeniem wystąpił Enam Ali, fundator nagrody najlepszego wyspiarskiego curry (British Curry Award). Z braku alternatywy indyjscy restauratorzy zatrudniają niewykwalifikowanych wyspiarskich tubylców lub imigrantów z UE, w tym Polaków i muszą ich szkolić bez gwarancji, że końcowy wynik będzie po ich myśli. Zwiększa to koszty, a więc zmniejsza konkurencyjność i powoduje, że curry nie smakuje, jak należy. Atak był mocny: niejeden urzędnik imigracyjny wolałby być oskarżony o niewierność małżeńską niż o to, że szkodzi konkurencyjności branży gospodarki o obrotach sięgających 3,2 mld funtów rocznie.
Polscy imigranci nieoczekiwanie znaleźli się w miejscu, w którym zderzyły się dwie różne percepcje: dla hinduskich i bengalskich restauratorów nie są dość dobrzy, by pracować w ich restauracjach, zaś dla brytyjskich władz imigracyjnych, są wystarczająco dobrzy. Wniosek dla purystów od curry jest oczywisty – władze imigracyjne lekką ręką spisują na straty wykwintną kuchnię wyrastającą z podgłębia lokalnej tradycji, języka i wartości kulturowych. Pewnym pocieszeniem dla nich może być znana prawda, iż Anglicy na kuchni się nie znają – mają wprawdzie żywność, ale nigdy nie mieli kuchni, zaś żywność służy tu do utrzymania się przy życiu, a nie do smakowania. Puryści wychodzą z założenia, że curry jest dane raz na zawsze w postaci zupełnej i skończonej, a przyrządzać je mogą tylko wtajemniczeni kabaliści.
Puryści to ludzie bojowi, obawiają się, że ich przybytki kulinarnych wonności mogą podzielić los narożnych sklepików, czy mini-marketów, wszechobecnych i dających zajęcie wielopokoleniowym rodzinom imigrantów w latach 60. i 70. Wwalcowane w ziemię przez Tesco, te indyjskie lub pakistańskie sklepiki, dzwonkiem nad drzwiami oznajmiające wejście klienta, podzieliły los ptaków dodo. Dla Enama Alego, curry przyrządzone przez kucharza z Polski, który porozumiewa się z kuchennym personelem po angielsku, nie smakuje jak curry, lecz pachnie świętokradztwem. Myśli on pojęciami rynkowego protekcjonizmu, broni monopolu na dostęp do świętych ksiąg kulinarnego kunsztu maskowanego troską o standardy.
Zanim jednak ktoś ogłosi wyższość pierogów nad curry warto się zastanowić, dlaczego Hindusi mają taki problem ze znalezieniem wykwalifikowanej kuchennej siły roboczej? Powodem jest to, że ich własne dzieci nie chcą już na okrągło stać przy garach, bo mają inne życiowe oczekiwania, są częścią społeczeństwa brytyjskiego, a nie imigrantami. Awansowali, ale na ten ich awans złożyła się wielopokoleniowa rodzina dyżurująca dzień i noc za ladami sklepów na wynos, w narożnych sklepikach i na stacjach benzynowych.
W odróżnieniu od Polaków działających w pojedynkę i liczących na szybki sukces wymierny materialnie i nastawionych na konsumpcję, Hindusi myślą długofalowo, z pokolenia na pokolenie. Rodzina liczy się u nich na co dzień, a nie od święta, a jej członkowie znają swoje miejsce. Ten sprawdzony model – społecznego awansu przez wielopokoleniową rodzinę obcy jest Polakom – indywidualistom skłonnym do patosu i sentymentalizmu. Niewykluczone, że to właśnie ma na myśli Enam Ali sugerując, iż curry i pierogi nie idą w parze.
Andrzej Świdlicki
Źródło: Cooltura.co.uk Odsłon: 177
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Proszę zaloguj się lub zarejestruj. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.2 Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team |