Menu serwisu
Strona główna
Informacje
Praca
Komunikacja
Mieszkanie
Edukacja
Polskie Sklepy
Finanse osobiste
BMW Oxford MINI Plant
Po Pracy
Instytucje Oxford
Katalog WWW
Ogłoszenia
Napisz Artykuł
Portale Infolinii
mapa portalii INFOLINIA.ORG

Możesz równiesz zaproponować oraz prowadzić portal o własnym mieście. Poniżej propozycje gotowych szablonów do prowadzenia portali:
Edinburgh.infolinia.org
Bliższe informacje:
infolinia.org
Strona główna arrow Informacje arrow Z życia wzięte arrow Raz - i wystarczy
Raz - i wystarczy
środa, 02 styczeń 2008
Życie Polaków w Zjednoczonym Królestwie bywa kosztowne. Polskie portfele wysuszyć może też pomoc, oferowana rodakom znajdującym się w potrzebie. Niewymierne koszty takiej pomocy również bywają spore. Halina z Arturem (w Londynie od dwóch lat) przekonali się o tym raz – i chyba mają dosyć. Głos ma Artur.

Nigdy, przenigdy, nikomu już nie pomogę, choćby spał pod mostem, kąsany przez wilki. Nie śmiej się, to nie jest śmieszne. Posłuchaj.

Któregoś dnia odebrałem w pracy telefon. Dzwonił Paweł, mój dobry kolega. "Pomóżcie!" – błagał. "Przyjechała do nas znajoma, a my nie mamy gdzie jej położyć. Macie przecież wolny pokój? Dziewczyna pracę ma nagraną, więc lokum też szybko sobie znajdzie. I oczywiście nie za darmo!"

W odpowiedzi warknąłem, że mowy nie ma. On mi na to, że rozmawiał już z Haliną, i że to tylko na tydzień, góra dwa. Wkurzyłem się na żonę za podjęcie decyzji bez konsultacji ze mną, ale co miałem zrobić? "Dobra, niech będzie na tydzień czy dwa. Tylko, Paweł, pamiętaj: ani godziny dłużej!" – zastrzegłem.

Po powrocie do domu wezwałem żonę na dywanik, lecz moje złotko zrobiło wielkie oczy: "Owszem, rozmawiałam z Pawłem, ale kazałam mu zadzwonić do ciebie..." – usłyszałem. "A niech go, wrobił nas!" – westchnąłem. "Nie przesadzaj, pokój faktycznie mamy wolny" – zauważyła Halina. "Jak nie pomóc Polce w potrzebie? Dorzuci się kobieta do czynszu i rachunków, i już" – zdecydowała.

Paweł przywiózł protegowaną o świcie i oddalił się czym prędzej, zostawiając nas w towarzystwie Zuzanny tudzież pokaźnego stosu waliz, plecaków i toreb. I tamtego poranka przeżyliśmy pierwsze rozczarowanie naszą podopieczną, gdy ta, oprowadziwszy się bezceremonialnie po mieszkaniu, znienacka oznajmiła pytająco: "Czy moglibyście zabrać rzeczy ze schowka, bo ja nie mam gdzie swoich włożyć?".

Halina usiłowała Zuzi wytłumaczyć, że nie mamy w domu miejsca na dwa domy, tym bardziej w sytuacji, gdy Zuzia zdaje się być wyposażona w więcej ruchomych dóbr od nas dwojga. Zasugerowała też, by część niekoniecznie niezbędnych przedmiotów oraz garderoby Zuzia odstawiła z powrotem do Pawła.

"Jak to? To wzięliście mnie do siebie, czy nie wzięliście?" – zdziwienie Zuzi sięgnęło północnej grani Everestu. "Swoje rzeczy możecie oddawać na przechowanie obcym!" – furknęła jeszcze. Wtedy pierwszy raz poczuliśmy się nieswojo. Zupełnie nie jak u siebie, tylko jak, powiedzmy, u Zuzi.

Nie chcieliśmy zaczynać znajomości od awantur. Ustaliłem z Haliną, czego możemy się pozbyć. Pozbyliśmy się. Graty Zuzanny zagościły w naszym schowku. Następnego dnia Zuza wyartykułowała postulat numer dwa. Otóż szafa w jej pokoju jest za mała, w związku z czym nie ma gdzie wieszać ubrań, w związku z czym potrzebuje większej szafy. Dzisiaj potrzebuje. Teraz, już.

Zakup solidnej szafy to poważny wydatek. "Po co Zuzi szafa, skoro ma z nami mieszkać tydzień, najwyżej dwa?" – oponowała Halina. "Zuza odejdzie, szafa zostanie" – przekonywałem ją. Przekonałem. Kupiliśmy Zuzannie szafę.

Trzeciego dnia przeżyliśmy poważniejszy szok. Podczas wizyty znajomych Zuzanna zgalopowała na dół, a wpadając do salonu rzuciła od niechcenia: "Dzień dobry państwu, jestem Zuzanna, a państwo kim jesteście?" Zdębieliśmy, zresztą nie tylko my. Dalej poszło jeszcze gorzej: cały wieczór Zuzanna nie wzniosła się intelektualnie nad poziom pięciolatka. Zwyczajnie czuliśmy się zażenowani.

Codziennym zwyczajem Zuzanny stało się zaglądanie nam do garnków. Fakt, częstowaliśmy ją przez kilka pierwszych dni i widać weszło jej to w nawyk. Cholera wie, może uznała się za członka rodziny? Tymczasem Halina nabiera w kuchni szczególnych manier. Dla przykładu, nie toleruje tam obcych, stąd przebywanie Zuzanny w okolicy szafek i szuflad doprowadzało ją do białej gorączki.

Pewnego dnia ugotowała coś w rodzaju budyniu na krem do ciasta. Halina ugotowała, nie Zuzanna. Ów budyń musi być absolutnie nieskazitelny, bo inaczej krem nie wychodzi. Więc ugotowała to coś, po czym dokładnie zmiksowała, a następnie odstawiła do ostudzenia. W tym momencie pojawiła się Zuza. Wpadła do kuchni, by z okrzykiem: "O, co to?" władować się z pyskiem prosto do żoninego garnka. "Nie ruszaj!" – zdążyła tylko krzyknąć Halina. Za późno. W garnku utonął już Zuzanny paluch.

Wydłubała nim kawał budyniu, oznajmiając, że "chciała tylko skosztować". Ciamknęła, mlasnęła... Za chwilę budyń podszedł mlekiem, a moją panią trafił szlag. Powiedziała, żeby Zuza sobie ten budyń zjadła, bo on i tak do niczego się nie przyda. Za tę uwagę Zuzanna obraziła się ciężko.

Nie na długo. Następnego dnia ja z kolei krzątałem się po kuchni. Szykowałem obiad. Spodziewaliśmy się gości, zaproszonych na moją berbeluchę. Berbelucha to mieszanka makaronowo-kiełbasiano-cebulowo-serowo-pomidorowo-jajeczna, mój kulinarny przebój. Jak raz przystąpiłem do mieszania ingrediencji, gdy na scenę wkroczyła Zuzanna. "Co szykujesz?" – zapytała, z miejsca ładując paluchy do durszlaka z makaronem. Do niedelikatnych nie należę, ale tym razem obszczekałem Zuzę jak najgorszą mątwę.

By dopełnić kielicha goryczy, trzeba wspomnieć o trzaskaniu drzwiami o czwartej rano (bo ona już wstała), awantury o ósmej wieczorem (bo ona chce spać, a telewizor gra za głośno) – i inne takie, długo by opowiadać. Na przykład ta łajza użyczony pokój zamieniła w chlew. Powalała dywan na fioletowo musem jagodowym czy czymś takim, a ściany na tłusto nie wiadomo czym. Za zniszczenie jednego i drugiego będziemy musieli zapłacić, oddając landlordowi klucze do mieszkania.

Któregoś dnia, to było gdzieś tak w połowie drugiego tygodnia, żona postanowiła zadzwonić do koleżanki. Numeru nie pamiętała, ale miała go w ostatnio wybieranych na telefonie stacjonarnym. Złapała za słuchawkę, zaglądnęła gdzie trzeba, a tam... całe mnóstwo innych numerów, głównie komórki i międzymiastowe. Zuzanna szukała pracy, używając naszego telefonu, ani słowa na ten temat nie wspominając... O żesz ty Zuza!

Zawołałem, wyłuszczyłem, że nie życzymy sobie korzystania z naszego telefonu pod naszą nieobecność i oczekujemy, że za wykonane połączenia zapłaci. Winowajczyni grzecznie potakiwała.

Traf zrządził, że kolejnego dnia ja odebrałem pilną rozmowę na komórce, ale że połączenie się rwało, poprosiłem o ponowny telefon na stacjonarny. Po chwili odezwała się baza, za to nie słyszałem słuchawki. "Gdzie jest telefon?!" – wołam. Halina odpowiada, że nie wie. "Gdzie jest telefon!!!" – teraz już wrzeszczę. Na to ze swojego pokoju wychyla się Zuza, zeznając, że telefon jest u niej.

 

Odebrałem, by po skończonej rozmowie wezwać mątwę na dywanik. "Wczorajsze uwagi ci nie wystarczyły?" – spytałem. Nim zdążyła odpowiedzieć, z kuchni wyjrzała Halina. "Nie będzie naleśników z serem na kolację" – oświadczyła pod moim adresem. "Ser jest, nie ma jajek".
"Jak to nie ma?" – oburzyłem się. „Wczoraj przywiozłem!” – zapewniłem. Żona domyśliła się pierwsza. "Ty..." – nie dokończyła. "Zeżarłaś nasze jajka!" – wypowiadając te słowa, podchodziła coraz bliżej Zuzanny z dłońmi zaciśniętymi na ubijaczce. Zasłoniłem dziewczynę własnym ciałem.

"Posłuchaj mnie uważnie!" – zaczęła Halina obok mego ramienia. "Ani ty nam siostra, ani znajoma. Robimy przysługę Pawłowi i nie życzymy sobie, żebyś dotykała w tym domu czegokolwiek, co nie należy do ciebie. Oprócz pralki, naczyń i płynu do naczyń zmywania. Rozumiesz?" – spojrzała na Zuzannę spode łba. "Rozumiesz?" – zaakcentowała.

Ale Zuza nie przepraszała, co to, to nie, to nie byłoby w jej stylu. Odparła tylko, że niczego nie będzie sobie specjalnie kupować, bo jej się nie opłaca, bo przecież zaraz się wyprowadza. Po czym odwróciła się na pięcie i powędrowała nastawić pranie. Widocznie Halina miała jej serdecznie dosyć, bo naskarżyła, że to pranie Zuza nastawiła korzystając z naszego płynu do prania.

Nie zdzierżyłem. Wezwałem Pawła, zlecając mu pospieszną ewakuację protegowanej. "Dobrze ci radzę! Zrób to, zanim bęben pralki skończy wirować!" – huknąłem w słuchawkę.

I tak rozstaliśmy się z Zuzanną. Rachunki wróciły do normy, telewizor oglądaliśmy do upojenia, nikt bladym świtem drzwiami nam nie telepał, sielanka. Mieszkaliśmy sami i było nam dobrze. Do wczoraj.

Wczoraj przyszła żony koleżanka, niby na babskie pogaduszki o niczym. Dwie godziny później Halina złapała mnie na osobności za mankiet. Usłyszałem, że chłopak tej dziewczyny ją zdradza, a ona musi z nim mieszkać, że nie ma pieniędzy na osobne lokum, ale że szuka, ale zanim znajdzie, to czy może... Nie pozwoliłem żonie dokończyć. W efekcie ta jej koleżanka wkrótce sobie poszła, a my więcej tematu nie podejmowaliśmy.

...Problem w tym, że ja za dobrze Halinę znam. Dlatego dzisiaj aż boję się wracać do domu. Nie znasz przypadkiem kogoś, u kogo JA mógłbym pomieszkać, jakby co? Tydzień, nie dłużej...

Relacji Artura S. wysłuchał Krzysztof Ligęza

 Dziennik Polski, wp.pl


Odsłon: 258

Bądź pierwszym który skomentuje

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Proszę zaloguj się lub zarejestruj.

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.2
Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team

< Poprzedni   Następny >
Google Polska!

Sieć

oxford.infolinia.org
Aktualnie jest 29 gości online
Kursy walut w MyBank.pl
Notowanie z 2008-10-10
USD
Kursy walut strzałka 5.15%
2,6115
EUR
Kursy walut strzałka 4.06%
3,5548
CHF
Kursy walut strzałka 5.84%
2,3326
GBP
Kursy walut strzałka 2.91%
4,4244